O autorze
Jestem kilkoma osobami: mamą Misiów nr 1 i nr 2, ślubną 100% - owegoTaty, kobietą - chimerą, egzaltowaną dziewuszką, kimś spomiędzy nich wszystkich. Na MamaDu.pl będę przede wszystkim tą pierwszą.

Matki

fot. Elisabetta Foco/ Public Domain CC0
fot. Elisabetta Foco/ Public Domain CC0 https://unsplash.com
Wracam pod dłuższej przerwie, żeby opowiedzieć Wam pewną historię...

Wyobraźcie sobie dziewczynkę. Na oko pięcioletnią, a w rzeczywistości starszą o całe dwa lata. O miodowo - lipowych włosach i wyjątkowo subtelnej buzi. Po raz pierwszy w życiu przyszło jej się rozstać z mamą. Na długie godziny. Miała wtedy szkliste i równie smutne spojrzenie, co jej ukochana lalka, którą także musiała zostawić w domu.



Kiedy nadszedł wreszcie ten nieodzowny dla niej moment (tuż po którym jakaś obca kobieta trzaśnie drzwiami i pewnie będzie się sztucznie uśmiechać), mała istota wybucha histerycznym płaczem. Chwyta się kurczowo spódnicy swojej mamy. Ta ostatnia - nawet nie próbuje jej pomóc. Chyba że sama nie potrafi oswajać Wielkiego Strachu. Ma tylko żal i litość w oczach. Bezużyteczne zresztą. Ale abstrahując od tych uczuciowych niuansów, których dorośli często nie wychwytują...

Mama wybrała dla niej szkołę kierunkową, muzyczną. Tata chciał z kolei by była sportsmenką. Jednak codziennie rano spieszył się do pracy, przepadał na całe dnie i podejmował gości do później nocy, toteż w międzyczasie (chcąc, nie chcąc) wstąpiła na drogę ku fortepianowej karierze albo przynajmniej na taką, która miała ją jeszcze bardziej uwrażliwić. Całkiem niepotrzebnie. Już nie umiała radzić sobie z lawiną emocji, która, co rusz, na nią spadała. Trzepotała rączkami na oczach wszystkich. Jej drobne ciało pokrywały brzydkie, czerwone plamy. Dostawała spazmów na słowa: "klasówka", "dyktando", "audycja dla rodziców", "egzamin z fortepianu" itp. Zaraz potem pędziła do szkolnej skrzynki telefonicznej i z przerażeniem relacjonowała: "Mamo, na pewno dostanę dwóję!". Po drugiej stronie słuchawki dało się słyszeć coś w rodzaju beznamiętności. Raczej nie było to pogodne nastawienie, kwestia wiary czy spokoju. "Na pewno dostaniesz piątkę!" - brzmiała apodyktyczna katarynka.
I dostawała przeważnie piątkę. Nie dowierzała. Była przeświadczona, że następnym razem, będzie dwója. Jakby chciała udowodnić swojej mamie, że nie jest nieomylna. Albo może chodziło jej o to, że jak w końcu dostanie tę dwóję, mama z autentycznym spokojem podejdzie do niej, spojrzy łagodnie, naprawdę ciepło i wypowie magiczne: "Córciu, nieważne. Najwyżej poprawisz. Chodź, przytul się. A może wybierzemy się gdzieś razem?" Tak. Chyba właśnie o to chodziło tej małej.

Tymczasem matka poddawała się histerii dziewczynki (tak jakby sama się w niej pławiła). Codziennie pozwalała jej spać ze sobą. W nocy odbywały się rytualne, gorące kąpiele. Oczywiście na uspokojenie. Dziewczynka też lulała się sama do snu. Na dobrą sprawę nie wiedziała, czy jej mama to zauważała (lula się do dziś). Nie, na pewno nie zauważała. Przecież latami chwaliła ją właśnie za to, że, jak żadne dziecko, potrafiła sama sobą się zająć. Pewnie dlatego myli dziś wspomnienia ze snami, w których przesiaduje Mamie na kolanach i rozmawiają. Albo Mama czyta jej bajkę na dobranoc lub razem malują czy zbierają jesienne liście i kasztany. Za to nie potrafi uwolnić się od obrazów zaraz po przebudzeniu. Mama, najczęściej z jakichś błahych powodów, strasznie dużo krzyczy, szarpie, drapie słowami. Po czym nagle, w sposób dla niej niezrozumiały, chce ją tulić i głaskać. Czysto zachłannie, egoistycznie...

Tak mi się przypomniało.

Mam tylko nadzieję, że gdy przytulam moich małych Misiów, oni czują mój spokój. I wierzą, iż ja naprawdę z całych sił NIE CHCĘ W SOBIE MATKI TAMTEJ ZŁOTOWŁOSEJ DZIEWCZYNKI.
Trwa ładowanie komentarzy...